Hipotetyczny list do Hugona od św.Wiktora poruszający aspekty filozoficzne i teologiczne, napisany przeze mnie na podstawie kazań i poglądów Bernarda z Clairvaux.

Drogi Hugonie
Podczas mojego pobytu w Burgundii odwiedziłem przyjaciela w Dijon, który zabrał mnie do Kościoła Saint-Bénigne, który bez wątpienia jest jednym z największych obiektów sakralnych w chrześcijańskiej Europie. Nazwa tej świątyni pochodzi od Benigny z Dijon, który zginał śmiercią męczeńską w III wieku. Pomimo iż Kościół ten należy do benedyktynów, to nabożeństwo prowadził tam gościnnie opat Bernard z Clairvaux, którego mowy są natchnione Duchem Świętym. Po nabożeństwie i wspólnych modlitwach Bernard wygłosił długie kazanie z ambony, które zwaliło mnie dosłownie z nóg.
Słyszałem już o tym duchownym wcześniej, szczególnie w kontekście jego sporu teologicznego z awanturniczym Abelardem,którego notabene nakłonił do pojednania się z Kościołem. Nigdy jednak wcześniej nie miałem okazji usłyszeć go osobiście. Wokół Bernarda krążą różne opinie, wszystkie jednak są pozytywne, gdyż uwidaczniają jego ogromną, niezłomną wiarę, a także elokwencję i charyzmę, o czym sam miałem się okazje naocznie przekonać. Mówią o nim „doktor miodopłynny” i zapewniam Cię mój drogi przyjacielu, że ten pseudonim jest dla niego jak najbardziej adekwatny. Niezwykle trudno mną manipulować i uważam, że jestem wyjątkowo odporny na wszelkie sugestie oratorskie, nawet bardzo zdolnego mówcy, jednakże Bernard z Clairvaux zrobił coś niewykonalnego i abstrakcyjnego, wykręcił moją duszę w drugą stronę. Pod wpływem jego kazania zapragnąłem spróbować innej drogi w swoim życiu. Chcę wstąpić do zakonu cystersów i poświęcić swoje życie w poszukiwaniu Boga i Jego miłości. To ostateczna decyzja i wierzę, w to, że Bóg w swej łasce i miłosierdziu poprowadzi mnie ku sobie, abym mógł doświadczyć Jego wielkiej miłości.
Wrócę jednak do meritum, czyli do kazania Bernarda w Kościele Saint-Bénigne. W swoim przemowie Bernard zdemistyfikował i zniszczył sens teologii scholastycznej, gdyż udowodnił, iż rola filozofii i rozumu w poznawaniu Boga jest mocno ograniczona i wątpliwa. Opat z Clairvaux powiedział, iż istnieją prawdy wiary, które całkowicie znajdują się ponad rozumem. Według niego poznanie Boga jest osobistym wewnętrznym doświadczeniem, które jest łaską, jaką otrzymujemy przez naszą pokorę i miłość. Tak samo twierdziłem wielokrotnie podczas różnych dyskursów, iż wiara jest naszą osobistą relacją z Panem Bogiem, a poznanie Boga jest naszym wewnętrznym, intymnym doświadczeniem. Owszem popełniałem w życiu błędy, a za takowy uważam chwilowy zachwyt nad filozofią Anzelma z Canterbury, który twierdził, iż rozum jest niezbędny do wytworzenia w umyśle idei Boga. Anzelm uważał, że dopiero od tego momentu można rozwijać swoją wiarę. Dzisiaj wiem, że to był fałszywy światopogląd, a skrajny realizm Anzelma, który przez chwilę zaadaptowałem, nieomal nie doprowadził do mej zguby. Dzisiaj całkowicie neguję jego poglądy, między innymi to, iż do poznania prawdy jest niezbędny rozum i wiara. Nie będę się jednak rozpisywał o Anzelmie, gdyż ten rozdział swojego życia uważam za zamknięty.
Wracając do kazania w Kościele Saint-Bénigne, o którym chcę Ci przede wszystkim napisać, gdyż cały czas jestem pod jego ogromnym wrażeniem. Bernard w swojej przemowie wskazał, że właściwym celem mistycznej drogi człowieka jest ekstaza, która jest niczym innym, jak chwilą, w której dusza wychodzi jakby z samej siebie, łącząc i jednocząc się z Bogiem i upodobniając się do Niego, pozostając jednak przez cały czas odrębną substancją. Poznanie Boga mimo to jest niemożliwe, gdyż Bóg jest innej natury niż człowiek, a do mistycznego poznania Boga człowiek potrzebuje Jego łaski. Takie mistyczne połączenie z Bogiem, jak mówił Bernard, może się udać drogą uczucia i woli przez pokorę i miłość.
Nie sądzisz Hugonie, że jego słowa były natchnione Duchem Świętym? Wierzę, w to, że Bóg przemawiał przez Bernarda, zdradzając słuchaczom nadprzyrodzone tajemnice, które z kolei ukierunkowały mnie na drogę, jaką chcę wstąpić. Klasztor cystersów to mój cel, a Bóg z miłością kiwa do mnie ręką, abym jak najszybciej zrobił ten krok. Będę się dzisiaj modlił w dziękczynieniu za ten znak, który w jednej chwili odmienił moje życie.
Wracając jednak do kazania w Kościele Saint-Bénigne, Bernard powiedział, że miłość sama przez się wystarcza, gdyż nie szuka ona zewnętrznie dla siebie uzasadnienia ani żadnych korzyści, albowiem jej korzyścią jest miłowanie. Bernard powiedział, że kocha dlatego, że kocha, kocha zaś po to, aby kochać. Do Boga człowiek może się zbliżyć jedynie przez swoją pokorę i miłość, a nie przez rozum. To piękne słowa i głęboko natchnione.
Drogi Hugonie jestem w pełni przekonany, że to Bóg przemawia przez Bernarda, wskazując nam oczywiste prawdy, iż pokora i miłość są jedyną drogą, abyśmy mogli być bliżej Boga. Czego człowiek może bowiem bardziej pragnąć, niż bliskości Stwórcy? Moim zdaniem nie ma większych pragnień. Najbardziej podobało mi się to, iż Bernard odrzucił wszystkie te pseudofilozoficzne rozważania, min. Abelarda, Gilberta, modne wśród wielu teologów i postawił na pisma św. Jana i św. Pawła, które polecał do dogłębnego studiowania. Bernard wskazywał na konieczność kierowania się uczuciem i afektem, pokorą, miłością, empatią i świętością, gdyż umożliwi nam to bliższe poznanie Boga. Zwróć uwagę Hugonie na to świadectwo Bernarda.
On mówi o studiowaniu Pisma Świętego, a nie rozpraw filozoficznych pyszałków tego świata. Bernard stawia na wskroś pozytywne afekty, takie jak pokora, za którą idzie skromność i szacunek, a także na miłość i współczucie, które świadczą o naszym człowieczeństwie i miłości do Pana Boga. W swojej przemowie w Kościele w Dijon, Bernard duży nacisk położył na intuicję i kontemplację, które stały w opozycji do rozumowania właściwego dla scholastyki. Bernard opisywał swoimi słowami naturę poznania i naturę bytu, z którymi miał styczność w interpersonalnym doświadczeniu wewnętrznym. Jestem zdania, że taki rodzaj teologii kontemplatywnej w harmonii z żywą wiarą należy gloryfikować, gdyż moim zdaniem jest to jedyna i właściwa droga do Boga.
Bernard w swoim kazaniu wielokrotnie podkreślał, że jest przeciwnikiem nauki, z powodu jej racjonalizmu, autonomiczności i dodawał, że nie może ona być celem samym w sobie, albowiem wiedza dla samej wiedzy jest „haniebną ciekawością”.
Słowa te były dla mnie jak wyrocznia, niczym drogowskaz oświecenia w życiu. Ta cała nauka, jej racjonalność, zbytnia ufność w potęgę rozumu, już dawna budziły we mnie nieufność i odrazę. Ludzie stawiali sobie naukę, jako cel, a tymczasem to Bóg powinien być naszym celem. Nie możemy ufać swojemu rozumowi, gdyż on jest w wielu sytuacjach zawodny. Najważniejsza jest w naszym życiu pokora i miłość w drodze do Boga. Bez pokory nigdzie nie zajdziemy.
Opat z Clairvaux wyjątkowo ciepło wypowiadał się także o tych ludziach, którzy szukają wiedzy, aby zbudować innych, co było czynem miłości. Mówił również, że jeżeli my, jako ludzie będziemy szukać wiedzy, aby zbudować siebie, to będzie to czyn rozsądku.
Zgadzam się z jego słowami, gdyż na przykład szukanie wiedzy, studiując nauki medyczne, aby leczyć ludzi i w ten sposób im pomagać jest czynem miłości. Każdy czyn tego rodzaju, kiedy zdobywamy wiedzę, w celu pomagania innym jest aktem ogromnej, altruistycznej miłości do bliźniego. Zdobywanie wtedy wiedzy w takim zakresie, abyśmy mieli, jako medycy, właściwą wiedzę medyczną jest jednocześnie czynem ogromnego, heroicznego rozsądku. Piękne słowa powiedział Bernard z Clairvaux na temat nawiedzenia mnichów w klasztorze cystersów, gdzie był opatem. Mnisi byli nawiedzeni przez Słowo, tak właśnie nazwał podczas kazania naszego Pana Jezusa Chrystusa. Bernard powiedział, że Słowo przyszło, nie wiedział kiedy, nie wiedział jak, ale było obecne wśród nich. I nagle odeszło.
Słysząc te słowa, zapragnąłem z całego serca wstąpić do Klasztoru. W trakcie całego kazania kiełkowała we mnie ta myśl o wstąpieniu do cystersów, ale kulminacja, gwałtowny wybuch wiary i podjęcie decyzji o wstąpieniu w szeregi duchowieństwa nastąpiły we mnie, kiedy opat Bernard zaczął mówić o Słowie, jakim był Jezus. Zapragnąłem tego również doświadczyć, poczuć to Słowo, jego bezgraniczną miłość. Będę starał się w pokorze osiągnąć cztery stopnie miłości, o jakich mówił Bernard, czyli pokorę, współczucie, kontemplację i jeśli Bóg da, to i ekstazę, czyli stan, w którym moja dusza wyrwie się z samej siebie i zatopi się w Bogu, w jego najczystszej miłości. O niczym innym nie marzę, niczego innego nie pragnę.
Ślę Ci mój drogi przyjacielu Hugonie życzenia Bożego błogosławieństwa i dzięki łasce Pana naszego Jezusa Chrystusa kroczenia drogą w świetle i prawdzie do Pana Boga naszego. Wierzę też, że znalazłeś w końcu swoje miejsce na ziemi w opactwie św. Wiktora, gdzie przebywasz już od niemal dwóch lat.
Jeśli będziesz miał taką możliwość, to odwiedź swojego starego przyjaciela w Clairvaux, gdzie jutro się udaję. Pozostań z Bogiem!

« »